sobota, 17 marca 2018

Hello from the other side!

W czerwcu tego roku minie cztery lata od mojej operacji. Nie, nie napiszę, że wydaje się jakby to było wczoraj. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, było to wieki temu a w moim życiu zmieniło się wszystko, albo przynajmniej większość. Trochę na lepsze, trochę na gorsze. W pewnym sensie osiągnąłam to czego chciałam. W pewnym sensie.

Nie chce w tym miejscu nikomu sprawić przykrości, ale mam świadomość, że może to nastąpić. Wiem, że większość osób zagladajacych na tego bloga to progenicy w toku leczenia szukający podobieństw i zrozumienia. Też tak miałam. Wisialam dzień i noc na slynnym forum, które jeszcze wtedy na te sławę zaslugiwalo i znałam na pamięć historie innych blogerów, projektując na ich podstawie własną operacyjno-pooperacyjna przyszlosc. Pierwsze posty na moim blogu były dość spójne I pełne tego czego pełna jest obolala od przeżuwania myśli głowa niemal każdego progenika.

To niesprawiedliwe.
Potworny los mnie spotkał.
Oni nigdy tego nie zrozumieją.
Nikt nie ma pojęcia jak ja się czuje.
Też bym była tak pewna siebie gdybym była tak ładna jak ona.
Faceci nie zwracają na mnie uwagi, a jeśli już, to robią to dla beki.
Kiedyś znajdę tego jedynego, inteligentnego, wyrozumiałego, który zaakceptuje mnie I pokocha taka jaką jestem, bo ja przecież jestem nadzwyczajnie wyrozumiała I empatyczna, tylko ktoś to musi we mnie odkryć.
Oni mnie krzywdza bo jestem brzydka.
Po operacji już będę ładna.
Będę pewna siebie. Faceci oszaleja na moim punkcie.
Zmieni się wszystko.
Będę wyglądała jak ona... nie wiem... Scarlet Johannsen, laski z tureckich seriali albo w najgorszym przypadku jak Kaja Paschalska.
Będę miała więcej znajomych.
Będą mnie podziwiać.
A ja wszystkich będę miała w dupie.
Będę patrzeć z góry na tych którzy mnie krzywdziili*.
Po operacji moje życie będzie piękne.

I inne bzdury.

Jeśli patzrysz na świat i ludzi z perspektywy ofiary, to inni będą widzieli w tobie ofiarę albo w ogóle nie będą na Ciebie zwracać uwagi. Jeśli będziesz zadeklarowaną Zosia Samosia, nie oczekuj "nieoczekiwanej" pomocy w czymkolwiek z czyjejkolwiek strony. I tak dalej.

Nie mówię, że cokolwiek w tej chwili jest twoja wina, ale wiele może stać się twoja zasługa. Brak pewności siebie wynosimy z domu, a szkoła czesto sumiennie pielęgnuje twoje poczucie braku wlasnej wartosci i w szczególności w naszej polskiej rzeczywistości pracowitości, obowiazkowosci, niepoddawania się i spełnienia oczekiwań.
Tego ostatniego silnie doświadczam zyjac i pracując w bardzo międzynarodowym środowisku. Faktem jest, że nadprzecietna pracowitość może się opłacić, ale czesto prowadzi do sytuacji w ktorych sprytniejsi wykorzystuja tych bardziej sumiennych bo stosunki w świecie ludzi wyglądają mniej wiecej tak jak Monolit Vigelanda:





Każdy zdrowy na umysle chciałby być na górze, ale tylko sam może się tam dostać. Używając własnej siły i sprytu - nie licząc jedynie na pomoc innym, bo inni tez chca byc na gorze. Jest to oczywiście ogromne uproszczenie i moja osobista interpretacja relacji miedzyludzkich. Jeśli jednak masz tak jak miałam ja, wiedz, że progenia jest jedna z przyczyn, a nie jedyna i nie będzie uniwersalną wymówka przez całe twoje życie. Po operacji znajdziesz kolejne. Chyba, ze pozwolisz wypaść reszcie trupów z twojej szafy. 

Czuję się niezmiennie w pół drogi do normalności. Mam w końcu trochę tej pewności siebie i tego poczucia, że mi się też coś należy i nie jestem na tym świecie tylko po to by spełniać oczekiwania. Inni też nie są po to, żeby mnie rozumieć.

W pełni akceptuje to jak wyglądam, ze świadomościa, ze nie mam klasycznej urody. Wiem już na 100% jak daleko byłam od prawdy myśląc, ze doskonale rysy twarzy przynoszą jedynie korzyści i ze sa one niezliczone. 

Po zakończonym leczeniu całkowicie zmieniłam środowisko. Wyprowadzialam się daleko od domu, od Warszawy, od wszystkiego co było mi znane. Zaczęłam nowe życie z odmienionym wizerunkiem. Postanowiłam, że bede bardziej kobieca i pewna siebie. Zmiana wizerunku udała sie, a nowi znajomi nie mieli pojęcia, że kiedyś byłam inna. Nic jednak nie stało sie "ot tak!". To już 4 lata, a ja jestem ciągle w połowie drogi. 



sobota, 12 grudnia 2015

Epilog

Pół roku temu zdecydowałam się na wyjęcie płytek. Oprócz tego, że znów potwornie spuchłam nie działo się nic zaskakującego, ani też już żadnej podróży w głąb siebie nie przeżyłam. Trochę mnie to osłabiło fizycznie i musiałam kilka dni najzwyczajniej pospać. Dwa miesiące później zakończyłam leczenie ortodontyczne i wolna, lekka jak piórko wyparowałam na Północ, by trochę odpocząć, trochę zapomnieć, trochę się finansowo po tym wszystkim pozbierać. Wzięłam się za regenerację całego organizmu. Po 3 miesiącach wieczornych biegów i uzupełniania innych braków cała ociężałość, niewiara we własne siły i to permanentne sfatygowanie zostały gdzieś z tyłu tak jak ból głowy i niechęć do spoglądania w lustro. Cel osiągnięty. 


sobota, 28 marca 2015

Oczekiwania vs. rzeczywistość


Zapowiadałam odejście od tematu progenii więcej razy niż Budka Suflera koniec kariery. Aż doszłam do wniosku, że tak naprawdę nie odejdę nigdy. Jak odejść od czegoś, co cię na swój sposób ukształtowało? Nie odejdziesz, tym bardziej, jeśli zdasz sobie sprawę, że wcale nie chcesz i nie potrzebujesz. Dlatego wciąż jeszcze jestem użytkownikiem internetowych społeczności progeników i tam gdzie mogę, staram się pomóc. Tam skąd mogę czerpać - czerpię, a tam, gdzie dobrze się bawię, powracam. 

Jeśli zaczniesz czytać tego bloga od pierwszego postu do samego końca, być może uwierzysz, że jeden zabieg może uczynić twoje ciężkie i naznaczone cierpieniem życie bajką Disneya albo przynajmniej jakąś... Hmm... Jeżycjadą? Takie mam odczucia. Użyłam tu tylu skrótów myślowych i metafor, że czuję się w obowiązku napisać jakieś sprostowanie.

Progenia nie była przyczyną wszystkich moich nieszczęść, ale łatwo mi było wszystko z nią powiązać. Przykładów takich sytuacji była cała masa.  Ktoś mnie nie lubi? Komuś się nie podobam? To na pewno dlatego, bo jestem brzydka. Jak można być takim ograniczonym!? Czy naprawdę ludzie muszą aż tak bardzo, mocno, nieustępliwie opierać swoje postrzeganie mnie przez pryzmat mojej twarzy? Och... Po pierwsze... Co za hipokryzja! Czy sama nigdy nie zabiegałam o względy i towarzystwo ładnych ludzi? Robiłam to. Wszyscy to robimy, ale i tak w dłuższej perspektywie, przy bliższym poznaniu zostają z nami ludzie, którzy odpowiadają nam swoim usposobieniem, a nie wyglądem. Wysnuwam taki wniosek sięgając pamięcią do początków wszystkich moich długoletnich przyjaźni jak i krótkich fascynacji, których było zdecydowanie więcej. Nie można mieć wszystkich, którym nie podeszliśmy za płytkich, ograniczonych imbecyli, którzy nie chcą nas w swoim otoczeniu tylko dlatego, bo nieładnie wyglądamy. Często to zupełnie inne cechy, których sami w sobie nie zauważamy wpływają na to, jak nas odbierają.

Wygląd mojej twarzy sam w sobie nie miał wpływu na jakiekolwiek profesjonalne relacje. Na studiach poznałam kilka bardzo inspirujących osób, którym w dużej mierze zawdzięczam to, kim po woli się stawałam. Świat nauki, kultury, rozrywki a nawet polityki okazał całkiem przyjazny, choć moje pierwsze wystąpienia czy zadania wymagające rozmów, czy negocjacji przy zachowaniu odpowiedniej postawy kojarzę najbardziej z drżącymi dłoniami i zdrętwiałym językiem, a przede wszystkim z prezentacjami poprawianym po 100 razy, do ostatniej chwili i uczeniu się na pamięć, tego, co chciałam powiedzieć. Jedyne, co zyskałam przez te doświadczenia, to wiedza,że jeśli zrobię lub powiem coś nie tak, to nieboskłon nie spadnie mi na głowę i że nikt nie będzie się ze mnie śmiał i nie powie, że jestem beznadziejna, bo jestem BRZYDKA. Nigdy nic takiego nie miało miejsca, a jakieś drobne faile zaliczałam raz po raz tłumacząc sobie zawsze, że nie ja jedyna... Że wszyscy! Oto sekret.

Co w ogóle chcę przez to wszystko powiedzieć? Nie mam absolutnie na myśli tego, że życie z progenią nie odbiega od normy. Odbiega. Nie chcę powtarzać, jak niegdyś moi znajomi, że "problem jest w Twojej głowie", choć w dużej mierze to prawda. Wiele rzeczy jest kwestią decyzji, odwagi i chęci.  Nie chcę burzyć niczyich idyllicznych wizji życia bez progenii. Chcę tylko przyznać się, że przez lata dokarmiałam progeniczne demony, które paradoksalnie były mi potrzebne do ochrony przed jeszcze gorszymi, z którymi musiałam się zmierzyć po operacji. To, że nagle uświadamiasz sobie, że jesteś już ładna daje na początku złudzenie, że teraz już świat należy do ciebie, co życie i tak weryfikuje na swój sposób. Nad charakterem i równowagą trzeba pracować swoją drogą. Metamorfoza daje ci na początku pewien ładunek energii i kilka iluzorycznych przeświadczeń, które mogą popchnąć cię do całego ogromu kolejnych zmian. I to chyba wszystko. Reszta, to nieustanny trening i naprawianie zepsutych mechanizmów. Gdybym wiedziała to wszystko wcześniej, przed operacją, byłabym o sto kilometrów dalej. Ale widocznie każdy musi przekonać się o tym na własnej skórze.

Pretensjonalne posty, które pisałam wcześniej były naładowane bardziej żalami z przeszłości, z którymi nie mogłam sobie poradzić niż tym, co faktycznie ówcześnie miało miejsce. Ostatnie lata były ciężkie i obfitowały w różne mniej i bardziej dramatyczne zdarzenia, z którymi jednak radziłam sobie na bieżąco. Najbardziej bolało to, co wydarzyło się gdzieś tam, kiedyś i było ukryte w mojej głowie pod stertą innych doświadczeń i tylko co jakiś czas dawało znać o sobie. Wtedy progenia była moim chłopcem do bicia. Dyżurną przyczyną wszystkiego.

I żeby było jasne, nadal uważam, że to wielkie nieszczęście mieć progenię i że bezwzględnie trzeba ją leczyć. I nadal myślę, że czasem po prostu trzeba się nad sobą poużalać. Nikt nie jest ze stali. To wszystko często nas przerasta, ale my wyrastamy ponadto i jakoś dajemy radę. Na koniec, potrafimy powiedzieć sobie, że było warto i że nawet czegoś nas to nauczyło. To na swój sposób jest bardzo piękne. Bardzo ludzkie. Ale brzydką prawdą jest, że to jedno - mimo wszystko przełomowe i znaczące - wydarzenie, jakim jest operacja ot tak nie wykształci w tobie czegoś, co powinno kształtować się w przez lata doświadczeń. To jest początek wszystkiego. Stajesz się własnym dzieckiem, które masz szansę wychować na kogoś zajebistego i od ciebie zależy ile uwagi mu poświęcisz i co z niego wyrośnie. ;)

To wszystko. Teraz mogę zacząć pisać sobie o innych rzeczach. I odblokowuję komentarze.



niedziela, 11 stycznia 2015

Na chłodno, z dystansem, z perspektywy czasu...

Progenia to już przeszłość. Leczenie dobiega końca. Trochę już utraciłam tej pooperacyjnej euforii. Nie uśmiecham się do siebie jak wariatka idąc ulicą. Wcześniej zdarzało się to bez przerwy. Różnica pomiędzy byciem wadliwym towarem, a świeżo odnowionym egzemplarzem jest nie do opisania. Ten rodzaj szczęścia nie bym mi znany wcześniej...

Progenia nie jest już tematem spędzającym mi sen z powiek. Cel, jakim było pozbycie się jej na dobre został osiągnięty i jednocześnie nastręczył nowych problemów, które postanowiłam przekuć na wyzwania.

Całe moje ciało doświadczyło ogromnej traumy. Każda tkanka ucierpiała na swój sposób poprzez niedożywienie, brak równowagi i w późniejszym czasie przemęczenie. Wszystko to trwało przez długie tygodnie, a więc długie tygodnie musi zająć powrót do stanu optymalnego.

Na samym początku bardzo dużo schudłam. Trudno mi to określić w liczbach, bo po prostu nie  miałam siły ani ochoty, żeby w jakikolwiek sposób mierzyć utratę wagi, ale wiem, że spadek był drastyczny. To wszystko powróciło w kilka tygodni po stopniowym przywracaniu funkcjonalności zgryzu. W efekcie dorobiłam się klasycznego efektu jojo.

W sytuacji, gdy organizm doznał tak wielkiego szoku, żadne diety 1000 kalorii ani forsowne ćwiczenia nie wchodzą w grę. Trzeba najpierw przypomnieć organizmowi, czego ma się domagać i tak układać swój jadłospis, żeby nie zgłupiał do reszty. Ja niestety popełniłam wiele błędów.

Pierwszym z nich, było opieranie diety na nabiale. Jeszcze podczas całkowitego zagumkowania "żywiłam się" głównie mlekiem Mullera i rzadkimi jogurtami. Skutkiem tych działań stała się nietolerancja laktozy. Niemniej kontynuowałam, ponieważ te właśnie produkty były najbardziej dostępne i załatwiały szybko problem pojawiającego się nagle głodu czy osłabienia.

Później, gdy wróciłam do pracy mogłam już otwierać buzię na szerokość palca, co umożliwiało włożenie do ust biszkopta. I tak pomimo celiakii dodawałam sobie energii opychając się biszkoptami. I tak w bardzo krótkim czasie znów nabrałam masy. I tak mniej więcej od września staram się to wszystko odkręcić, ale jest to pierwsza taka sytuacja, gdy nic nie mogę robić radykalnie (np. dieta dr Ewy Dąbrowskiej odpada zupełnie a intensywne ćwiczenia na początku zabronione, teraz naprawdę przychodzą mi z trudem) i przez to właśnie, wszystko dzieje się bardzo opornie i bardzo po woli.

Jeśli będę dalej pisać, to zapewne już o dochodzeniu do właściwej formy. Temat progenii praktycznie się wyczerpał. Przede mną jeszcze zdjęcie aparatu i usunięcie płytek, ale to już mało istotne wydarzenia.

Wyglądam chyba odrobinę androgenicznie, zwłaszcza bez makijażu. A... I minęło 7 miesięcy... Czas nigdy nie uciekał tak szybko. ;)


Konsekwentnie bez makijażu. ;)





czwartek, 10 lipca 2014

Opuchlizna jak bumerang

W ciągu ostatniego tygodnia opuchlizna rosła i malała - w zależności od temperatury i oczywiście czasu oraz intensywności ekspozycji twarzy na słońce. To naprawdę ma znaczenie. W nocy używam chłodzących żelek. Dopiero na tym etapie lodowate okłady są całkiem przyjemne. 

Najważniejsze, że z kondycją nie jest już tak źle. Jeszcze w miniony weekend bałam się wyjść do miasta, ale wczoraj i przedwczoraj praktycznie cały dzień spędziłam aktywnie i uważam to za wielki przełom. Teraz jestem pewna, że mogę już wracać do pracy. 

Ziewam i kicham. Nie wiem, czy to normalne, ale na jakiś czas zupełnie zanikł u mnie odruch kichania. Jeśli chodzi o ziewanie, było ono bardzo nieprzyjemne gdy miałam założone ciasne gumki. Właściwie nie było to ziewanie, a zasysanie powietrza i wydychanie go z trudem. W tej chwili wygląda w miarę normalnie, ale jest bolesne. 

Jem wciąż bardzo dużo i radzę sobie z tym coraz lepiej. Nie używam już strzykawek. Używanie ich do jedzenia nie było tak bardzo uciążliwe, jak wydawało się tym, którzy widzieli jak to wygląda, niemniej nie chciałabym już do tego wracać. Najlepiej sprawdza się teraz mała, długa łyżeczka i zwykła cienka słomka. Niestety, to co nadaje się do swobodnego połykania najzdrowsze nie jest, a wiele odżywczych smakołyków jest jeszcze poza moim zasięgiem. 

Ponadto walczę z potężnym niedoborem żelaza, którego konsekwencje są widoczne w morfologii krwi. Aż mi wstyd, że w ciągu niespełna czterech miesięcy doprowadziłam się do takiego stanu. Jednak "jedzenie wszystkiego" nie ma nic wspólnego ze zdrową dietą. 

Przyjaciółka, która była obecna w  moim życiu przez cały proces leczenia, widząc mnie po raz pierwszy po operacji kilka dni temu powiedziała "Ty w końcu masz uśmiech! I nawet duże zęby..." Czyli nic mi się nie ubzdurało. To było oczywiste. Do tej pory nie usłyszałam żadnej negatywnej opinii odnośnie decyzji o operacji. Niektórzy przyznają teraz otwarcie, że przed operacją wyglądałam "raczej niekorzystnie".  Niestety muszę powstrzymywać się od jedzenia w miejscach publicznych, chyba, że w menu jest coś, co można wciągnąć przez słomkę, bo jednak jedzenie łyżeczką wygląda bardzo nieestetycznie. Niemniej przebywając między ludźmi czuję się już bardzo pewnie pomimo opuchlizny i tego, że czasem nie kontroluję ułożenia warg, a one układają się tak jak chcą. Wygląda to tak, jak na zdjęciu po lewej, ale nie zdarza się zbyt często. Podobno z dnia na dzień mówię coraz wyraźniej (oczywiście w gumkach). Sama nie zwracam na to uwagi, ale mówią mi tak przede wszystkim ci, z którymi rozmawiam przez telefon. 





piątek, 4 lipca 2014

Elastycznie

Po czterech tygodniach noszenia ciasnych gumek, przyszła pora na bardziej elastyczne wyciągi. Noszę je od trzech dni i od tego czasu zauważam nieustanny progres. Język nie jest już tak skrępowany - mogę go lekko wychylić. Mogę też ziewać. Mogę włożyć do buzi kostkę czekolady czy kawałek rozgotowanego warzywa (kalafior, marchewka, ziemniak itp). Wczoraj zrobiłam sobie też caprese w wersji do połykania. Pokroiłam drobno mozzarellę. Pomidora i liski bazylii zmiksowałam blenderem. Poezja... 



Nie mam już większych problemów z myciem zębów. Szczoteczka dociera już wszędzie. Jest to wciąż jeszcze ten sam model, co tuż po operacji. Zmieniłam też płyn do płukania jamy ustnej z tego czerwonego na "e" na ten niebieski na "m". Chyba doszło do przebarwienia szkliwa, bo kolor moich zębów (w szczególności w tych miejscach, gdzie wcześniej nie docierałam szczoteczką) jest teraz paskudny. Na pewno minie trochę czasu, zanim uda się odzyskać względną biel. Względną, bo mój naturalny odcień to ponoć D3.

W jamie ustnej zdarzają się jakieś podrażnienia związane ze zmianą pozycji aparatu. Na podstawie wcześniejszych doświadczeń zakładam, że śluzówka w końcu się przyzwyczai. 

W ciągu dnia nie odczuwam już dolegliwości związanych z odrętwieniem, czy opuchlizną. Są one odczuwalne tylko po przebudzeniu. Wtedy twarz jest najbardziej wrażliwa i trochę jakby zmęczona. Wtedy podnoszę się jak najszybciej, myję zęby, coś zjem, znów umyję zęby, pogadam z kimś (już bez problemu nawet przez telefon, byle nie długo...) i zapominam, że coś jest nie tak. Oczywiście podczas jedzenia, mówienia czy mycia zębów czuję sztywność i niezupełną kontrolę nad mięśniami. Ponadto  pojawia się czasem uciążliwe swędzenie w okolicach czubka nosa, który pozostaje wciąż jeszcze bardzo wrażliwy.

Linia pośrodkowa trochę dryfuje. Do południka zerowego już na pewno nie mogę jej porównywać. Zdaniem chirurga nic szczególnego się z nią nie dzieje i wszystko naprawi ortodonta. Dobrze, bo gdy to zauważyłam, od razu pomyślałam, że coś się nie składa i że wraca asymetria.

Jest stabilnie. Wręcz nudno. Po woli wszystko wraca do normy. Ale wszytko i tak jest inne. Już nie mam potrzeby studiowania mojej twarzy. Od początku się z nią identyfikuję. Nawet w tym prosiaku sprzed czterech tygodni widzę siebie. Gdy patrzę na zdjęcia sprzed operacji, mam mieszane uczucia. Właściwie tylko one są dla mnie namacalnym dowodem na to, jak wiele się zmieniło. Dopiero teraz, gdy patrzę na te obrazki z mojego życia przed operacją, dokładnie widzę jak duża była moja wada. Patrząc w lustro widzę na pierwszym planie płaskie, niskie czoło i włosy trochę zniszczone i zaniedbane. Chyba pora na interwencję fryzjera. ;) Podoba mi się mój prosiaczkowaty uśmiech. Podoba mi się, bo go mam. Pod konstrukcją aparatu wzbogaconą o haczyki kobayashi i oczywiście gumki (a nie rzadko też niestety o resztki jedzenia, których usunięcie z tego labiryntu jest bardzo żmudne) w pełnym uśmiechu pokazują się jakby trochę nieśmiało dwie górne jedynki. Wcześniej czułam się tak, jakbym w ogóle nie dysponowała czymś takim jak uśmiech. A teraz go mam! I będę używać.

Prosiaku, znikaj już!